Szkolenia nie dla zinstytucjonalizowanych

Czy szkolić zinstytucjonalizowanych? Jak w praktyce sprawdza się mariaż kapitalistycznego biznesu i typowego dla minionego systemu podejścia, że szkolenia należą się wszystkim. I to po równo.

Szkolenia nie dla wszystkich

Jakiś czas temu pisałem o tym, że szkolenia nie powinny być dla wszystkich. Jak się okazało wpis ten był początkiem kilku ciekawych rozmów i dyskusji. Teraz, po kolejnych doświadczeniach z frontu, chcę zrobić krok dalej. Pisząc te słowa mam w głowie obraz z filmu Jerry Maguire, w którym to Tom Cruise tworzy przełomowe dla swojej kariery memento. Wiem, żaden ze mnie Cruise. I nie o memento zresztą mi chodzi. Choć jest w tym, co zaraz nastąpi, spora dawka protestu. Protestu przeciwko schematycznemu myśleniu i zaprzepaszczaniu temu, co prawdziwy rozwój może dać ludziom i firmie.

Zinstytucjonalizowanych, czyli jakich?

Zamiast opisu posłużę się fragmentem filmu. Z niego zaczerpnąłem to słowo i tam też znajduje się najlepsze definicja.

Tak, wiem, porównanie firmy do więzienia jest mocno przerysowane. Z mojego doświadczenia jednak słowa, że „te mury to dziwna sprawa” i, że z czasem uzależnią już takim przerysowaniem nie jest. Ot codzienna rzeczywistość.

A bez metafor

Przykład z życia wzięty. Projekt rozwojowy dla menedżerów średniego i wyższego szczebla. Cały północny region naszego pięknego kraju na jednej sali szkoleniowej.  Część zainteresowana, część bardzo ostrożna, żeby nie napisać wystraszona. W końcu rzecz traktuje o zmianie w ich otoczeniu. No i oni. Główni bohaterowie tego wpisu i całej smutnej rzeczywistości warsztatu i ogólnie rozwoju firmy. Zinstytucjonalizowani do szpiku kości. Z mentalnym stażem pracy zbliżonym do wyroku Brooksa. Otwartością na zmiany i nowości bijący go na głowę. Szefowie wszystkich szefów o minach marsowych i otwarcie prezentujących postawę „nikt mi nie będzie mówił jak mam pracować, robię to od dziesięcioleci i wiem jak jest”. Fakt, że na przestrzeni tych dziesięcioleci zmienił się biznes, technologia i klienci nic dla nich nie znaczy. No może przesadziłem. Znaczy tyle, że ich ludzie mają się zmienić. Ludzie, nie oni. Oni mają trwać i kierować tym całym biznesem. Tylko dokąd?

Mityczny temat efektywności szkoleń

Jakoś tak sobie wymyśliliśmy, że nie pracujemy dla ankiet. Pracujemy dla efektu, a miernikiem jego są zachowania i opinie uczestników po szkoleniu. W tym konkretnym przypadku, efekt był zróżnicowany. Jedni chcieli coś zmienić, bo im zależy, bo wiedzą, że jak nie oni to konkurencja coś zmieni i wyjdzie na prowadzenie. Drudzy się czaili. Doświadczenia z warsztatu uzmysłowiły im absurdalność trwania w miejscu. Aby ruszyć potrzebowali wsparcia z góry. A góra? No właśnie! Góra pozostała zinstytucjonalizowana. I tyle w temacie zmiany i rozwoju. Para poszła w gwizdek, a pieniądze wydane na warsztaty w błoto. Było zgodnie ze standardem – dla wszystkich, po równo. Bo szkolenie jak psu micha należy się każdemu.

Jestem przekonany, że to o czym piszę nie jest złą wolą czy brakiem wiedzy osób decyzyjnych w obszarze rozwoju. Jest to raczej nawyk organizacyjny, „bo zawsze tak było”, „bo jak ten i ten nie dostaną szkolenia to będą niezadowoleni”. I koło się toczy. A ja znowu pytam – dokąd?

Reguła ograniczonej dostępności

100 lat temu dobiegła końca jedna z najbardziej niesamowitych wypraw w historii ludzkości. Sir Ernest Schackleton i jego ludzie wrócili cało i w komplecie z trwającej ponad 600 dni próby pokonania Antarktydy. W tym czasie mierzyli się z głodem, zimnem, utratą statku i koniecznością przetrwania na topniejącym lodzie wokół białego kontynentu. Sam Schackleton, bazując na swoich wcześniejszych doświadczeniach, dużą wagę przykładał do zdrowia swoich ludzi. Największym zagrożeniem był dla nich szkorbut. Jedyną metodą przeciwdziałania chorobie było jedzenie surowego mięsa upolowanych fok. Tylko tak ludzie mogli dostarczyć do wycieńczonych organizmów niezbędną dawkę witaminy C. Jak jednak zmusić ludzi żeby jedli to świństwo? Można stać nad nimi i rozdzielać porcje każdemu po równo. Metoda niby skuteczna, ale opornicy i tak pozostaną w oporze i przy każdym kolejnym posiłku trzeba będzie z nimi toczyć ten sam bój. Zamiast tego Schackleton stwierdził, że jedzenia jest mało i starczy tylko dla wybranych. Dla tych, którzy rozumieją po co ono jest. Jaki był efekt? Rozumiejący jedli, bo wiedzieli, że to dla nich ważne. Reszta zaś czekała, kiedy będzie następna okazja, żeby dostąpić zaszczytu zjedzenia tego, co dostępne tylko dla wybranych.

Co z tymi szkoleniami?

Rozwój jest jak foka. Nie ma sensu rzucać go na talerz tym, którzy go nie chcą. Tym, którzy już dawno uzależnili się od murów i całą swoją energię wkładają w utrzymanie status quo. Nieważne czy są szefami czy nie. To zmarnowane pieniądze i skutecznie zgaszony zapał tych, którym się chce. Opłaca się inwestować w tych drugich. Tylko jedna uwaga. Nie ukrywać tego. Mówić wprost, że budżet jest ograniczony, że firma chce i może inwestować tylko w tych, którzy chcę działać, zmieniać i rozwijać się. A reszta? No cóż, albo dorosną jak marynarze podczas wspomnianej wyprawy albo pozostaną zinstytucjonalizowani i z czasem niepasujący do nowej rzeczywistości w firmie. Tak czy inaczej, będzie to z korzyścią dla biznesu i zaangażowanych w jego tworzenie ludzi.

foto: kadr z filmu "The Shawshank Redemption"

 

 

Trackback from your site.

Komentarzy (1)

  • Avatar

    Gryzelda

    |

    Jakże to brzmi znajomo…. i z perspektywy trenerskiej – dla mnie jest wyzwaniem…. by nie umieć sobie postawić granicę wpływu…

    Reply

Zostaw komentarz